Czy wierzyć w teorie spiskowe?
Kilka dni temu potrzebowałem pewnych informacji na zajęcia z religii, bo czasami ktoś z młodych rzuci mi jakieś wyzwanie. Zasadniczo praca katechety nie stawia przed nauczycielami zbyt wielkich wyzwań, bo wiedza na temat prawd wiary wśród samych katolików, zostawia bardzo…, bardzo wiele do życzenia. Jednak od czasu do czasu pojawi się ktoś na zajęciach, kto rzeczywiście interesuje się kwestiami wiary i wtedy życie nabiera innych barw, praca, nabiera sensu, a ja „zmuszony” jestem do zwiększonego wysiłku intelektualnego, by zaspokoić ów głód wiedzy katechetycznej.
„Nie wydawało się, by było rzeczą właściwą obciążać zwięzły słownik bibliografią, chcemy jednak wskazać na ważniejsze źródła: Pismo Święte Starego i Nowego Testamentu, Dokumenty Soboru Watykańskiego II (1962-1965), Kodeks Prawa Kanonicznego z roku 1983”
Cytat pochodzi ze wstępu do „Leksykonu teologicznego” wyd. I, Gerald O’Collins SJ, Edward G. Farrugia SJ Rzym, 16 czerwca 1990. Czy zwróciliście na coś uwagę? Kiedyś nie zauważyłbym tego i poleciał dalej z tekstem. Dobra, ktoś może powiedzieć: a po co czytać wstępy? Jenak od pewnego czasu, zacząłem zwracać większą uwagę tę część książek, które wpadają w moje ręce. Jednak ponawiam moje pytanie, czy zwróciliście na coś uwagę?
Autorzy powołując się „ważniejsze” źródła, wspominają o Piśmie Świętym oraz dokumentach ostatniego Soboru i najnowszym wydaniu Prawa Kanonicznego… Czyli na poszczególne, wyodrębnione w leksykonie hasła, nie miały wpływu dwa tysiące lat historii myśli teologicznej, wcześniejsze sobory dogmatyczne czy kodeksy prawa? Powie ktoś, że zapewne owe dwa pozabiblijne źródła zawierają w sobie wszystko to, co Kościół nauczał wcześniej. No tak, już w to wierzę…
Dla jasności nie należę do owego tak chętnie krytykowanego grona katolików tradycyjnych, a przedstawiciele tej grupy katolików bardzo szybko wypunktowaliby moje nieścisłości lub braki teologiczne. Mało tego, kiedyś na jednam z portali odwołujących się do tradycyjnego katolicyzmu, można było zobaczyć moją twarz na licznych zdjęciach, jako przykład nadużyć liturgicznych i posoborowych wypaczeń. Jednak im więcej czytam, tym bardziej zdumiewa mnie fakt, pomijania wszystkiego, co było przed Soborem Watykańskim II. Pytam mądrzejszych ode mnie, czy rzeczywiście ten dawniejszy Kościół był tak beznadziejny, a liturgia tak… nieprzystająca do godności pamiątki ofiary Pana Jezusa, że dziś jakby tego nie było?
Obawiam się, że w tym całym zamieszaniu, komuś wpadnie głupi pomysł do głowy, by zakazać odwoływania się do całego bogactwa nauczania Kościoła, dzięki któremu dotrwał on do drugiej połowy dwudziestego wieku. Wtedy dyskusja wewnątrz Kościoła przypominałaby tę z wielu krajów Europy Zachodniej na temat aborcji. W niektórych wprowadzono zakaz mówienia, że aborcja, to w rzeczywistości brutalna egzekucja na najbardziej bezbronnej i niewinnej istocie ludzkiej, a skoro prawnie nie możemy nazywać rzeczy po imieniu, wtedy dyskusji już nie ma. Coś podobnego stało się z liturgią. Zamknięto w najciemniejszych zakamarkach stare Mszały, ornaty i inne paramenty liturgiczne, jakby wcześniej nie było liturgii… Jednak gdyby zapytać młodego kleryka, który marzy o tym, by kiedyś sprawować ofiarę Mszy świętej, czy wybrałby orant i stułę wyszywaną ręcznie przez pobożne zakonnice, które swą mozolną pracę łączyły z modlitwą, czy zaprojektowany w nowoczesnej szwalni i maszynowo wyszywany? Dlaczego w Kościele tak bardzo boimy się tego, co dawne?
W oczekiwaniu na odpowiedź na to pytanie idę szukać materiałów, by udzielić młodym wyczerpującej odpowiedzi na ich pytania i będę korzystał przy tym z całego dorobku Kościoła.