słowo o Słowie (soS): 1 Krl 19, 9a. 11-13a

13 sierpnia 2023

O tekstach, które Kościół święty podaje nam dziś do rozważania, można powiedzieć: czytania z mocą. W sumie każde nadaje się do osobnego wpisu i komentowania. Ja jednak skupię się na pierwszym czytaniu z Księgi Królewskiej, w którym to fragmencie przyglądamy się prorokowi Eliaszowi, który ukrywając się w grocie na górze Horeb, został wezwany na spotkanie z Bogiem. Wychodzi przed grotę i dzieją się na jego oczach rzeczy niesamowite. Najpierw widzi jak potężny wiatr rozwala nawet skały. Później jest świadkiem trzęsienia ziemi, by na w końcu zobaczyć potężny pożar. Tyle fajerwerków, huku i swoistych efektów specjalnych. Zapyta ktoś, po co? Czy Eliasz miał założyć grupę ratownictwa górskiego, lub zostać sejsmologiem lub wymarzonym w dzieciństwie strażakiem? Nic z tych rzeczy. To wszystko było tylko przygrywką do prawdziwego Bożego popisu. Gdyż po tym wszystkim usłyszał „szmer łagodnego powiewu”. Prorok zakrywa twarz płaszczem i pada na kolana, bo wiedział, że tym razem stoi przed nim Bóg.

To jeden z moich ulubionych fragmentów Pisma Świętego. Zachwycam się nim ilekroć go czytam lub sobie przypominam. Dlaczego? W sumie do końca nie wiem, ale wyczuwam, że kryje się w tych kilku linijkach świętego tekstu, pochwała zwyczajności. Gdyby ktoś mnie zapytał, czy lubię gdy Bóg podejmuje jakieś nadzwyczajne działania? Odpowiadam, że naturalnie. Uwielbiam czytać o cudach czy objawieniach prywatnych (oczywiście tych uznanych przez Kościół). Fascynują mnie biografie świętych, którzy zostali obdarzeni przez Chrystusa nadnaturalnymi zdolnościami, jak wskrzeszanie zmarłych, uzdrawianie chorych czy wiedza na temat przyszłych zdarzeń. Przyznaję, że nawet odrobinę im zazdrościłem, ale warto pamiętać, że za owymi fajerwerkami kryło się życie pełne ascezy i pełne podejrzliwości szczególnie ze strony Kościoła. który musiał to zweryfikować, by uniknąć oszustwa. A to już nie do końca mi się podoba.

Jakby tego było mało, przez wiele lat moja pobożność karmiła się podobnymi efektami specjalnymi. Wystrzałowe rekolekcje, Dni Skupienia z koncertami i konferencjami okraszanymi skeczami, to był mój świat. Nie tylko uwielbiałem brać w tym udział, ale sam wielokrotnie stawałem niejako z drugiej strony, by dać słuchaczom nie tylko pakiet użytecznej wiedzy, ale w dodatku okraszałem to jakimś emocjonalnym BUM! Tak to wtedy czułem, taki był Kościół, w którym rodziła się moja wiara. Jednak z biegiem lat i stażu metrykalnego odkrywam, że największym walorem, jest trwanie przed Bogiem w ciszy i na kolanach. Wcześniejszy katolicyzm „efekciarski”, nie przekładał się na mój osobisty kontakt Bogiem. I wiem, że to nie tylko moje doświadczenie. Uważam, że obecnie zbyt wielki nacisk kładzie się na szeroko pojętą „akcyjność” Kościoła. Podziwiamy rozmach, a zapominamy o ciszy i adoracji Boga. Jak to jest, że w wakacyjnych akcjach kościelnych biorą udział tysiące wiernych w różnym wieku, a kościoły trzeba zamykać, bo prawie nikt do nich nie zagląda, by nawiedzić Chrystusa ukrytego w Najświętszym Sakramencie?

Nie chciałbym, by ktoś pomyślał, że jestem przeciwnikiem wielkich imprez kościelnych jak ŚDM czy Lednica. Zapewne ma to sens, ale nie należy zapominać, że wszystkie te akcje powinny prowadzić do: A. Pogłębionego życia religijnego każdego uczestnika; B. Do zaangażowania na froncie ewangelizacji i apologii. W przeciwnym razie, to poszukiwanie siebie i nowych doznań. Zbyt wielki kładzie się dziś nacisk na „ja”. Im więcej „ja”, „ja” i „ja”, tym bardziej katolicyzm staje się jedną z wielu atrakcji i chwilowych zachcianek. Musimy zredukować „ja” na rzecz „ON”. Katolicy muszą wrócić do osobistego spotkania z Bogiem w adoracji i ciszy. To mozolna i długa droga, ale bez tego trudno będzie nam wytrwać w wierze pośród i tak licznych życiowych huraganów, trzęsień ziemi i pożarów. I więcej będzie w nas cierpliwego, cichego i pełnego pokory trwania przed Chrystusem, tym bardziej się do Niego zbliżymy. Tyle przecież mówi się o relacjach, a przecież ich fundamentem jest czas poświęcony temu, z kim chcemy je nawiązać. Wpatrując się w świętych łatwo dostrzec pewną prawidłowość, że im więcej czasu poświęcimy na spotkanie z NIM, tym bardziej ON postara się o fajerwerki i to bez naszej pomocy, ale za naszym pośrednictwem.