Okrojona rzeczywistość
Można powiedzieć, że nowy rok szkolny ruszył na dobre… Rzeczywiście nowy, bo przed katechetami stanęły nowe wyzwania, a przeciwko katechezie i szerzej katolikom państwo wytoczyło działa i rozpoczęło dziwną wojenkę. Osobiście jak długo pracuję, nigdy nie miałem tak mało lekcji. Jednak porównując moją sytuację z moimi koleżankami i kolegami, to i tak jestem jeszcze w dość komfortowej sytuacji. Na dobrą sprawę mając więcej czasu na regenerację sił i pogłębienie życia religijnego, władza otrzyma coś, czego nie zamierzała, czyli jeszcze bardziej zmotywowanego do katechezy nauczyciela, przez co młodzież tylko może zyskać.
Nie mam wątpliwości, że rządzący na tej antykatolickiej kampanii się przejadą, bo katolicy nigdy nie byli bliżej Boga, siebie i swoich duszpasterzy, jak w chwilach prześladowań. Dyskryminacja religii jako przedmiotu (pierwsze i ostatnie lekcje w planie, ocena niewliczana do średniej), a tym samym katolickiej młodzieży, w pewnym momencie przyniesie odwrotny skutek od tego, jaki sobie wymarzyli obecni reformatorzy edukacyjni. Młodzież nie jest ani naiwna, ani głupia i potrafi łączyć kropki w sensowną całość. Musimy mieć świadomość tego, że katecheza ze swym przesłaniem, stoi na straży tego, co zawsze było w historii ważne dla Polaków, a co obecnie przeszkadza „elitom” zachodnim i ich podwykonawcom w Polsce, w stworzeniu nowego modelu człowieka, pozbawionego korzeni, bez wyraźnych zasad i kryteriów moralnych, łatwego w kierowaniu i strachliwego wobec walca obecnej lewicowej propagandy. Niestety w dużej mierze, udało się to osiągnąć i jeszcze sporo młodych ludzi uda się zwieść, ale opamiętanie przyjdzie, bo prawda Ewangelii ostatecznie odniesie zwycięstwo.
Do obecnej władzy nie mam pretensji, bo w końcu realizuje swoje obietnice „opiłowywania katolików”, by zaspokoić żądze swoich wyborców. Do młodzieży też nic nie mam, bo również byłem młody i jeśli tylko można było się z czegoś urwać lub zrezygnować robiłem to, nie zwracając uwagi na to, czy może mi się coś przydać w przyszłości. To, że młodzi chcą się wypisywać z religii, też nie dziwi, bo trzeba mieć nie lada kręgosłup moralny, odwagę i wielką motywację, by pójść pod prąd. Gdybym miał szukać przyczyny owego kryzysu, wskazałbym na moje pokolenie i jego krótką pamięć na obietnice, jakie składaliśmy w kościele przed Bogiem i naszą wspólnotą. Pamiętamy jeszcze to: „Czy chcecie z miłością przyjąć i po katolicku wychować potomstwo, którym was Bóg obdarzy?”. Pytanie to zadano przy okazji sakramentu małżeństwa. Odpowiedzieliśmy, że chcemy! A to pamiętamy: „O co prosicie Kościół Boży dla dziecka?”. Takie pytanie zadał kapłan, gdy przynieśliśmy dziecko do kościoła. Odpowiedzieliśmy: „O chrzest”. Kapłan odpowiedział: „Prosząc o chrzest dla waszego dziecka, przyjmujecie na siebie obowiązek wychowania go w wierze, aby zachowując Boże przykazania, miłowało Boga i bliźniego, jak nas nauczył Jezus Chrystus. Czy jesteście świadomi tego obowiązku?”, na co my odpowiedzieliśmy: „Tak” albo: „Jesteśmy tego świadomi”. Należy pamiętać, że to nie obietnice dane tylko kapłanowi czy ludziom zgromadzonym w kościele, ale samemu Bogu, a tu już żartów nie ma. Czy przestaliśmy już wierzyć w słowa Chrystusa: „A powiadam wam: Z każdego bezużytecznego słowa, które wypowiedzą ludzie, zdadzą sprawę w dzień sądu. Bo na podstawie słów twoich będziesz uniewinniony i na podstawie słów twoich będziesz potępiony»” (Mt 12, 36-37)? Chyba zapomnieliśmy, o co tak naprawdę toczy się gra…
Pamiętam, jak tuż po narodzinach mojej pierwszej córki, przyjechałem na zajęcia ze studentami do krakowskiego klasztoru braci kapucynów i spotkałem jednego z wychowawców kleryków z czasów, gdy byłem w zakonie. Na wieść o tym, że zostałem ojcem, wyściskał mnie serdecznie, pogratulował mojej żonie i mnie i powiedział coś, co wryło mi się w pamięć i do dziś jest jak zapowiedź tego, co spotka mnie po śmierci. Powiedział, że teraz czeka mnie najtrudniejsze zadanie, przekazania wiary dziecku. Początkowo zbyłem to bez większej refleksji, jednak dziś wiem, że miał rację, a ja mogę sobie w tym zakresie wiele zarzucić. I niech dobry Bóg wybaczy mi moje zaniedbania w przekazywaniu wiary moich dzieciom i chrześniakom… Sam będąc małolatem, nie znosiłem zakazów i nakazów. Dziś jednak jestem wdzięczny moim rodzicom, którzy wymagali ode mnie chodzenia na zajęcia religii. Pewnie, że dobrze byłoby w sposób bezkonfliktowy przekazać dzieciom wszystko to, co według nas jest najważniejsze. Jednak jak świat długi, młodzi zawsze stawali okoniem wobec świata dorosłych, chcąc budować ich zdaniem lepszy świat, by po latach odkryć, że „staruszkowie” mieli jednak rację. Niestety wiele istotnych spraw (a zbawienie, chyba do nich można zaliczyć), należy przekazać nie tylko przykładem i dobrym słowem, ale także za pomocą nakazów. Pewne wartości powinno wynosić się z domu. Pięknie, że rodzice dbają o dzieci i inwestują w ich przyszłość, wysyłając na dziesiątki zajęć poza szkolnych czy sportowych. Jednak „cóż bowiem za korzyść odniesie człowiek, choćby cały świat zyskał, a na swej duszy szkodę poniósł? Albo co da człowiek w zamian za swoją duszę” (Mt 16, 26). Katoliku! Rodzicu! Jesteś w stanie postawić na szali duszę swego dziecka?