Nam strzelać nie kazano!
Lata temu wpadła mi w ręce biografia nieżyjącego już prezydenta Stanów Zjednoczonych, Ronalda Reagana. Wynikało z niej, że był gorliwym chrześcijaninem, co w świecie polityki nie jest mile widziane. Podczas jednego z przemówień zastanawiał się nad źródłem zła w świecie: skąd biorą się wojny, aborcja, bieda, rozpad rodzin i odrzucenie wartości, które budowały cywilizację zachodu. Podjęcie takiej problematyki wydaje się karkołomnym zadaniem i trudno wyobrazić sobie precyzyjne wskazanie przyczyny. Reagan zaś z pełnym przekonaniem wskazał grzech jako źródło wszelkich nieszczęść, za które odpowiadają ludzie. Przekonuje mnie to uzasadnienie, ale patrzę przecież na świat z perspektywy człowieka wierzącego.
Często słyszymy, że żyjemy w niebezpiecznych czasach. Trudno temu zaprzeczyć. Świat zachwiał się w posadach. Nie wiem nawet, czy gdy ten tekst się ukaże, dobrze nam znana rzeczywistość będzie nadal taka sama: pozostaną obowiązujące granice państw i będziemy mieli dom, do którego można wracać… Brzmi fatalistycznie, prawda? Cóż zrobić! Żyjemy między dwoma państwami, które nigdy w historii nie miały wobec nas dobrych zamiarów i raczej w przyszłości się to nie zmieni. Niedobrze, że o tym zapominamy i zachowujemy się cokolwiek za bardzo optymistycznie, gdy tymczasem inni, przykładowo Finowie, prewencyjnie wymagają od swoich obywateli podstawowej znajomości wyposażenia tzw. plecaków ucieczkowych, lokalizacji schronów i zasad ewakuacji. Zakładam, że nikt z nas nie szuka z nikim zatargu, ale co roi się w głowach wielkich tego świata, jeden Bóg raczy wiedzieć…
Dla człowieka wierzącego oczywiste jest, że pierwsza wojna, jaką musi stoczyć, odbywa się w jego duszy, gdzie nieustannie zmaga się z samym sobą, własnymi pożądliwościami i słabościami, dodatkowo podsycanymi przez byty duchowe, które opowiedziały się przeciwko Bogu (por. Ef 6,12). Nienawidzą one bowiem człowieka, tak bardzo ukochanego przez Boga, że był gotów wydać na śmierć swego Jednorodzonego Syna, który choć nie znał i nie popełnił grzechu, umarł za grzechy ludzi.
Ja również toczę walkę ze samym sobą i staram się oczyszczać z grzechów podczas spowiedzi. Jakiś czas temu spowiednik cierpliwie mnie wysłuchał i nawiązując do wyznanego przeze mnie grzechu, powiedział, że spowodował go brak przestrzegania jednego z dalszych przykazań dekalogu, co z kolei jest skutkiem zapomnienia o pierwszym z dziesięciu, które przypomina o powinności postawienia przez człowieka Boga na pierwszym miejscu. Usłyszawszy to wyjaśnienie, wydałem z siebie mruknięcie oznaczające podziw i z uznaniem przyznałem, że spowiednik ma rację. Gdybym zachował przedstawioną przez niego perspektywę, łatwiej byłoby mi odrzucić pokusę do popełnienia tego czy innego grzechu. Tak oto na własnym przykładzie dostrzegłem, że gdyby ludzie poważnie traktowali Boga i Jego wskazania, życie na świecie byłoby o wiele lepsze. My jednak częściej stawiamy siebie w miejscu Chrystusa i próbujemy kreować rzeczywistość na naszych prawach, które na piedestale stawiają nie Jego, ale nas i nasze pragnienia. A musimy pamiętać o tym, że często nasze wybory i intuicje nie muszą się pokrywać z Jego wolą. Czyż nie pouczał nas o tym przez usta proroka: „myśli moje nie są myślami waszymi ani wasze drogi moimi drogami” (Iz 55,8)?
Oczywiście nie chodzi tylko o to, by Chrystusa postawić na pierwszym miejscu, prześcigać się w stawianiu Mu monumentalnych posągów czy wyszyć piękne sztandary z Jego wizerunkiem. Jeśli owemu wyborowi nie podporządkujemy naszego życia, może z niego wyniknąć więcej zamieszania i zgorszenia niż pożytku. Będziemy jak biblijne groby pobielane, które z zewnątrz może i wydają się piękne, ale w środku pełne są grzechu i plugastwa (por. Mt 23,27). Najpierw należy zmienić swoje życie i wartości, a co najważniejsze, na pierwszym miejscu postawić Boga, tak by wszystkie inne gesty czy deklaracje znalazły pokrycie w naszym życiu. Iluż to ludzi w Polsce wylansowało się na wierze, by po zdobyciu sławy czy państwowych stanowisk odwrócić się całkowicie od Jezusa i wprowadzać zwyczaje, czy przepisy jawnie przeciwstawiające się nie tylko pierwszemu przykazaniu, ale wszystkim innym!
Śmiem twierdzić za Ronaldem Reaganem, że prawdziwy pokój w nas i między nami zapanuje, gdy ludzie zaczną pełnić Bożą, a nie swoją wolę. Wtedy staniemy się Jego bliskimi, bo kto tak postępuje, ten staje się Jego bratem, siostrą i matką (por Mk 3,35). Zapewne zapytacie: czy taki porządek świata jest możliwy? W tym momencie powątpiewam, bo ludzkość już nie raz pokazała, na co ją stać, gdy zapomni o Bogu i Jego wskazaniach. I chociaż w wielu dziedzinach zrobiliśmy niesamowity postęp, mamy tę wadę, że nie uczymy się na cudzych błędach. Płyną stąd dwa gorzkie wnioski: w dzisiejszych czasach historia już nie uczy, ale ostatecznie i tak Bóg zwycięży. Zastanówmy się jednak: za jaką cenę?
Tekst ukazał się w piśmie “Głos o. Pio” (listopad/grudzień 2025)