Cztery pory roku by „LEŚNIK”

07 grudnia 2021

Vivaldi wielkim kompozytorem był o czym przekonać się można na końcu wpisu. Jednak równie wielkim wirtuozem w swej sztuce jest Michał z ekipą Leśnika. Mogli się o tym przekonać uczestnicy ostatniego biegu z cyklu Leśnika – Zima. Tym razem terenem zmagań była Brenna. Osobiście byłem ciekaw, co też przygotuje nam ojciec Dyrektor, ponieważ mam porównanie z inną imprezą odbywającym się w ty miejscu, czyli z Biegiem o Breńskie Kierpce. Na początek trzeba jednak podkreślić, że Michał nieco łaskawiej traktuje nas w zimie. Trasy są nieco krótsze i łagodniejsze, co nie oznacza łatwe. I gdybym miał pokusić się o porównanie, to trudniej jest na Leśniku, ale czy kogoś to dziwi…?

Start i meta zlokalizowano w Ośrodku Wypoczynkowym „Pod Świerkami”, co miało swoje minusy jak ograniczona ilość miejsc parkingowych dla biegaczy, ale i plusy jak posiłek w ciepłej jadalni. Ciepło było dobrem pożądanym, bo nie tylko temperatura oscylowało koło zera, ale i wiatr w terenie otwartym mocno uszczuplał siły. Jakby tego było mało, na początek i koniec przygotowano dla nas niespodziankę w postaci przeprawy przez rzeczkę Brennicę. To taka Leśnikowa krioterapia lub metoda morsowania. Zakładam, że Michał zalewa herbatę wodą z przerębli, a raków używa jako pumeksu. Choć jestem katechetą i wierzę, że mam dobre relacje z Bogiem, to jednak nie udzielono mi łaski chodzenia po wodzie. Woda sięgała w niektórych miejscach powyżej kolan, ale dzięki intensywnemu wysiłkowi, szybko udało się zniwelować uczucie zimna. Chociaż brodzenie w rzece było zapowiedziane zakładałem, że to jakaś przenośnia lub żarcik. Wszak każdy wie jak wielkim poczuciem humoru cechuje się Michał.

Trasa była nieprzyzwoicie przyzwoita, jak na Leśnikowe standardy, ale to wszak końcówka sezonu. Nie oznacza to jednak, że było lekko. Na odprawie Michał coś wspominał o „biegalności” trasy, ale mówił to chyba do innych. Dla mnie każdy bieg górski (a jego w szczególności) to spore wyzwanie. Na podbiegach, nie wbiegam, a na zbiegach raczej też zachowuję się dość asekuracyjnie. Pozostają jedynie w miarę płaskie tereny, ale tych u Michała jest jak na lekarstwo, a jeśli już są, to najpierw muszę wyrównać oddech po męczącym podejściu, by w ogóle myśleć o bieganiu. Oczywiście nie marudzę, bo wiem na co się piszę i bardzo to lubię, a organizatorzy okazują mi na mecie taki sam szacunek i wsparcie jak najlepszym, co dodatkowo mnie motywuje.

Na niższych partiach była zmrożona ziemia i odrobiny lodu, a wyżej już biało. Żałowałem trochę, że nie założyłem butów z kolcami, bo kilka razy wykonałem jakieś karkołomne ewolucje. Na szczęście nikt tego nie widział, bo akurat w tym miejscu i czasie nie było fotoreporterów. A ci oczywiście byli i to w doborowym składzie: Kasia Gogler i Paweł Zając – a to oznacza, że wkrótce w necie pojawią się piękne fotograficzne relacje, do których linki oczywiście wkleję do mojego wpisu. Kasia ustrzeliła mnie z wieży widokowej, a Pawła spotkałem czającego się w chaszczach. Ciepło ubrani i obładowani sprzętem – w sumie to nie wiem, kto ma trudniej, my biegacze czy oni. Wspaniałe jest to, że każdy uczestnik zawodów jest dla nich jednakowo atrakcyjnym modelem. Nie ograniczają się tylko do tych najlepszych, co byłoby zrozumiałe, ale starają się każdemu zrobić zdjęcie, nawet tak niefotogenicznym typkom jak ja. Trzeba podkreślić, że są to zdjęcia na wysokim poziomi artystycznym. Dla dobrego zdjęcia gotowi są do wielkich wyrzeczeń. Przykładowo, wspomniałem Pawłowi o pewnej ciekawej lokalizacji  i pokazałem mu moje zdjęcie wykonane w tym miejscu kilka miesięcy wcześniej. Oczy mu rozbłysły i zniknął na najbliższym rozejściu z hasłem, że leci poszukać tego miejsca. Powiedzieć o takich ludziach: pasjonaci, to jakby nic nie powiedzieć.

Zapomniałbym wspomnieć o moich znajomych. Oprócz mnie w zawodach wzięli udział Jacek, który tradycyjnie śmigał jak jakiś Muflon i Janusz – przesympatyczny wielkolud. Oczywiście gdy ja kończyłem bieg, oni prawie zdążyli dojechać do domu. Cóż… być chociaż raz tak szybki jak oni… Pomarzyć można. Plus jest taki, że byłem w górach dłużej od nich Nie byłem jednak osamotniony, bo pojechała ze mną starsza córka z dwiema koleżankami, które chciały pomóc w ramach wolontariatu. Można chyba powiedzieć, że „Leśnik” staje się naszą rodzinną imprezką integracyjną. Czekam z niecierpliwością, aż młodsza będzie mogła pojechać i jakoś pomóc, bo chęci ją rozpierają. Świadomość, że jest się istotną częścią pewnej całości, że ma się coś konkretnego do zrobienia, jest dla młodych niesamowicie motywującym doświadczeniem – przynajmniej tak mi się wydaje, bo co ja tam o młodych wiem.

Pochwalę się, że tegoroczna edycja „Leśnika” jest pierwszą zaliczoną w całości. I choć zaliczyłem trzy najkrótsze dystanse i tylko raz półmaraton, to i tak jestem bardzo zadowolony. Kto wie, może w przyszłym roku uda się urwać coś większego. Oczywiście u Michała nie liczę na Maraton, bo to jakaś ekstremalna rzeźnia, ale może dwa lub trzy półmaratony… To, że przepadłem na rzecz tej imprezy jest oczywiste. Nie zastanawiam się czy brać w niej udział, tylko na jakich dystansach wystartować. Do wiosny wszak daleko, ale Michał i Przyjaciele nie próżnują i zapraszają do Szczyrku na Zamieć / Zadymę / Zawieruchę. Czy się wybieram? Jeśli Małżonka zasponsoruje, to bardzo chętnie, bo mam pewne porachunki z górą o nazwie: SKRZYCZNE.

Galeria zdjęć Kasi:

https://www.facebook.com/media/set?vanity=KatarzynaGoglerFotografia&set=a.859954674682220

Galeria zdjęć Pawła:

https://www.facebook.com/media/set/?vanity=1580820455567362&set=a.3048253198824073

Na zakończenie obiecany Vivaldi: